BLOG

Niedialogiczna debata publiczna

2 listopada 2020

Niedialogiczna debata – czyli kilka słów o „konstrukcie góry lodowej” widzianej z perspektywy młodego badacza  

Niewiele diagnoz rzeczywistości społeczno-politycznej wywołuje tak powszechną zgodę, co skrajnie negatywna ocena jakości polskiej debaty publicznej. Aktywiści społeczni, politycy od lewa do prawa, podobnie jak badacze mediów i polityki niemal codziennie utyskują na problemy z prowadzeniem konstruktywnego dialogu. Konstruktywnego, tzn. budującego poczucie wspólnoty interesów i wartości, poprzez co pozwalającego na efektywne wypracowywanie rozwiązań dla trawiących wspólnotę problemów i wyzwań. Na czym polega tytułowa niedialogiczność i brak konstruktywnego podejścia do sporów w Polsce? Co leży u ich podłoża? Pokrótce postaram się zarysować mój punkt widzenia na te kwestie. Proponuję spojrzenie z punktu widzenia młodego badacza, który od kilku lat zajmuje się niedomaganiami jakości polskiej debaty publicznej, o ile nie powiedzieć, że wprost komunikacją propagandową.

Nawiązując do klasycznego dzieła filmowego Jamesa Camerona, konstrukt „debaty publicznej” to zaledwie wierzchołek swoistej góry lodowej – zjawiska tyleż pięknego i unikalnego, co w niesprzyjających okolicznościach wieszczącego skrajne niebezpieczeństwo, które niedostrzeżone w porę niesie śmierć i zagładę. Jawna treść debaty publicznej, niezależnie od państwa lub regionu, to swego rodzaju barometr, widoczny przejaw mniej dostrzegalnych procesów i uwarunkowań, które przez lata „kotłują” pod powierzchnią. Czynników mających wpływ na dyskurs publiczny są tysiące, niemniej jednak skoncentruję się na relacjach między trzema szerokimi kategoriami: historiograficzno-kulturową, psychologiczną oraz polityczno-ekonomiczną.   

Każde społeczeństwo zorganizowane w państwo ma swoją historię, w której zakorzenione są kultura, kontrkultury i subkultury. W każdym społeczeństwie istotną rolę odgrywają czynniki psychologiczne cechujące przedstawicieli elit oraz ludu, m.in. takie jak potrzeba samorealizacji, poziom konformizmu, potrzeba domknięcia poznawczego. W końcu każda wspólnota zorganizowana w sposób przestrzenny potrzebuje instytucji władzy – zarówno tej politycznej, jak i warunkowanej gospodarczo. Nie inaczej sytuacja przedstawia się w kraju nad Wisłą.

Pod względem historiograficzno-kulturowym na polski dyskurs publiczny ogromny wpływ wywarł sienkiewiczowski mit sarmackiej I Rzeczypospolitej, której symbolem były husarskie skrzydła, ideał rycerski Skrzetuskiego, a także zuchwałość, ale i bohaterstwo Kmicica. Znaczną rolę odegrał okres ponad wieku zaborów, podczas którego wykształciły się wyjątkowo płodne nurty romantyzmu i pozytywizmu. Narracyjnie rzecz ujmując – Polska zniknęła z map, ale nie zniknęła z serc ówczesnych elit, a także kształtującego się narodu. Po 123 latach zaborów wielkim wysiłkiem i dzięki odwadze „zuchwałych, ale i bohaterskich” Ojców Niepodległości udało się odzyskać szansę na budowę własnego państwa.

Okres dwudziestolecia międzywojennego w dzisiejszym dyskursie pełni rolę bardziej niejednoznaczną. O ile jeszcze co do interpretacji losów II RP przed zamachem majowym panuje względna zgoda, to już narracje wobec II RP po 1926 roku rozjeżdżają się. Z jednej strony mamy ocenę uzasadniającą zmiany autorytarne, które nomen omen w ówczesnej Europie nie były wyjątkiem. Z drugiej strony występują negatywne oceny kształtowania się systemu autorytarnego. II RP to dla jednych państwo odbudowane wielkim wysiłkiem, ale zdolne do przeciwstawienia się nawale bolszewickiej, państwo gotowe do spektakularnej budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego, krótko mówiąc – państwo marszałka Piłsudskiego. Dla innych – II RP to państwo z krótkim epizodem demokratycznym, naznaczonym zabójstwem pierwszego prezydenta, zwieńczonym zamachem majowym i przejęciem pełni władzy przez sanację – państwo Berezy Kartuskiej i kumoterstwa.

Podążając tropem niejednoznaczności, ważną „kotwicę interpretacyjną” stanowi II Wojna Światowa, a w jej ramach kampania wrześniowa, pięcioletni terror nazistowskich Niemiec, bohaterska walka Polaków na frontach II WŚ, jak również w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego, czego zwieńczeniem było Powstanie Warszawskie. Interpretacje i oceny wobec poszczególnych tych wydarzeń bywają znowuż skrajnie odmienne, nawet wewnątrz względnie jednolitych formacji ideowych, by wymienić toczący się na polskiej prawicy spór o ocenę zasadności wybuchu Powstania Warszawskiego. System PRL narzucony przez ZSRR ze wszystkimi zawiłościami i propagandowymi przekłamaniami również nie jest wolny od skrajnie odmiennych interpretacji.

I tak kolejno – oceny działalności podziemia niepodległościowego z jednej strony, a służb bezpieczeństwa i sił zbrojnych PRL z drugiej, oceny działań władz satelickich, podobnie jak oceny socjalistycznego systemu gospodarczego i różnych działaczy Solidarności – niestety – nie zależą od możliwych do zobiektywizowania kryteriów. Często nie zależą nawet od dostępnych w archiwach dokumentów, by wymienić choćby przypadek Lecha Wałęsy. Oceny te są warunkowane głównie bieżącą lub strategiczną przydatnością polityczną tematu.

Z marketingowego punktu widzenia to oczywiste, że taki mechanizm występuje. Spece od kreowania wizerunku i komunikacji strategicznej po prostu wykorzystują dostępne na rynku tendencje, materiały i odpowiadają na popyt. Jednakże dla zdrowia debaty publicznej w społeczeństwie tak mocno – za przeproszeniem – „przeoranym” w XX wieku, opisane rozbieżności narracyjne przyjmują rolę trucizny. I to nie takiej, która szybko zabija ofiarę. Mowa o truciźnie podstępnej, która raz wstrzyknięta do dyskursu krąży w żyłach obiegu medialnego przez lata, podważając fundamenty ideowe funkcjonowania społeczeństwa po 1989 roku.

Każde państwo i społeczeństwo, bez względu na indywidualne postawy obywateli wobec tradycji i własnej historii musi promować pewne autorytety (jeżeli nie autorytety historyczne, to chociaż autorytet nauki lub praw człowieka), musi posiadać trwałe wzorce postępowania (jeżeli nie pewne archetypy historyczne, to wzorce promowane przez państwa lepiej rozwinięte), a także – musi dysponować konkretną wizją rozwoju opartą na powiązaniu historii wspólnoty politycznej z teraźniejszością i świadomością celów. Tutaj docieramy do uwarunkowań psychologicznych i polityczno-ekonomicznych.

Uwarunkowania psychologiczne w polityce są związane z mediami. Zarówno jeżeli mówimy o tych tradycyjnych, jak i serwisach społecznościowych, które różnią się przede wszystkim pozorną depersonalizacją gatekeepera oraz ścisłą algorytmizacją ścieżki przekazu. Z jednej strony propagandyści wiedzą, iż informacje płynące z mediów masowych nie są przyswajane w pełnej zgodności z intencjami nadawców. Z drugiej jednak strony nie istnieje możliwość dokładnej weryfikacji każdej otrzymanej informacji pod względem jej rzetelności, adekwatności, aktualności. Wynika to z ograniczeń czasowych, potrzeb fizjologicznych i zdolności percepcyjnych człowieka.

Może w toku wywodu zabrzmi to nieco paradoksalnie, ale odbiorcy mediów potencjalnie dysponują potężnym aparatem poznawczym w postaci analitycznego umysłu. Obciąża on jednak zasoby organizmu w tak znacznym stopniu, że nie może funkcjonować na pełnych obrotach non stop. Większość konsumentów wykazuje tendencję do myślenia zautomatyzowanego poznawczo, opartego na reakcjach w stylu jednoznaczny wróg versus jednoznaczny przyjaciel – bez opcji na niuansowanie. Odpowiadają za to m.in. pierwotne metody podejmowania decyzji, zwane heurystykami oceniania, które bazują na nieracjonalnych, częściowo podświadomych mechanizmach pozwalających szacować prawdopodobieństwo wystąpienia zdarzeń.  Jakże to dzisiaj – w kontekście ostrego konfliktu aborcyjnego i pandemii COVID-19 – aktualne, prawda?

Trzecia kategoria, która istotnie spina dwie poprzednie, to system polityczno-ekonomiczny, szczególnie w tej części, która dotyczy zarządzania mediami. Na system składa się mnóstwo wydawców, redakcji prasowych, telewizyjnych lub radiowych, państwowe organy kontrolne lub nadzorcze, a także dostępne w Polsce serwisy społecznościowe wraz z użytkownikami.

Wyniki autorskich badań, które niedawno mieliśmy okazję przeprowadzić z Filipem Gołębiewskim (Instytut Dyskursu i Dialogu) są – niestety – jednoznaczne: w Polsce mamy do czynienia z występowaniem „paradoksu opłacalności”, charakterystycznego dla ostatniej dekady funkcjonowania polskiego systemu medialno-politycznego w warunkach silnej polaryzacji społecznej. Taka polaryzacja, zarówno pod względem częstego odwoływania się do skrajnie różnych interpretacji wydarzeń historycznych, jak i bieżących kwestii drażliwych społecznie, stwarza warunki dla promowania skrajności i konfliktów w debacie publicznej (np. permanentny konflikt PO-PiS, przypadek „Matki Boskiej” tęczowej, przypadek Margot, podobnie jak ostatni, potężny wybuch polaryzacji związany z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji).

Paradoks ten oznacza, że z czysto rynkowego punktu widzenia „nie opłaca się” robić dziennikarstwa niestronniczego, ponieważ brakuje na nie popytu. Im wyższy poziom stronniczości danej stacji TV, tym wyższy poziom dynamiki wzrostu udziału w rynku. Podmioty, które próbują symetryzować swój przekaz uzyskują nikłą dynamikę przyrostu oglądalności. W tym kontekście – „zabawa” w symetryzowanie dosłownie kosztuje, z tym że kosztem są utracone zyski.

Czy to, co widzimy jako wierzchołek góry lodowej wraz z uwarunkowaniami tkwiącymi głębiej stanowią realne niebezpieczeństwo dla spójności społeczeństwa? Możliwe. Na pokładzie „Titanica” załoga miała szansę na analogowe, tj. naoczne, dostrzeżenie góry wcześniej i szybszą reakcję. Dzisiaj analogiczne zderzenie na oceanie wydaje się nieprawdopodobne ze względu na naszpikowanie statków licznymi czujnikami. Jak to jednak wygląda na metapoziomie abstrakcyjnej metafory opisującej debatę publiczną?

My, jako społeczeństwo, także dysponujemy podobnymi czujnikami – wieloma diagnozami stanu polskiej debaty publicznej, które są często rozdrobnione lub pozbawione elementu naprawczego. Stąd postulat – zróbmy, co w naszej mocy, aby stawiane diagnozy nie były diagnozami bez konsekwencji. Komunikujmy się z inaczej myślącymi  (nawet diametralnie inaczej!), poddawajmy w wątpliwość poglądy (nie tylko cudze!) i czerpmy wiedzę z różnych mediów. Różnych – w przypadku Polski – zarówno z największych mediów prywatnych, jak i publicznych. Od porównania sposobów konstruowania rzeczywistości medialnej zacznijmy.

Mateusz Bartoszewicz

Doktorant nauk o polityce i administracji na Uniwersytecie Wrocławskim. Przewodniczący Samorządu Doktorantów UWr. Tytuł licencjata bezpieczeństwa narodowego oraz tytuł magistra bezpieczeństwa międzynarodowego uzyskał na UWr. Współpracownik Instytutu Dyskursu i Dialogu. Przygotowuje pracę doktorską  pt. „Mechanizmy propagandy politycznej w polskich tygodnikach opinii – analiza porównawcza”.

Opinie wyrażane na blogu są opiniami autorów współpracujących z Instytutem Dyskursu i Dialogu. Każdy, kto chce wyrazić swoją opinię w ten sposób jest mile widziany! Zachęcamy do publikowania na naszym blogu, pod warunkiem, że we wpisie te same standardy będą stosowane wobec wszystkich stron sporu. Chętnych do publikowania prosimy o kontakt na: biuro@indid.pl

Instytut Dyskursu i Dialogu, wszelkie prawa zastrzeżone.

Mateusz Bartoszewicz